Futro
Na czterdzieste urodziny otrzymuje się różne rzeczy, mniej lub bardziej cenne, zwariowane czasami niepotrzebne. Jak to prezenty.
Mój prezent był z gatunku takich, których się nie robi. Tyle, że ja lubię łamać zasady. W ramach urodzin wymarzyłam sobie futro. Żywe.
Zaczęło się od wyprawy drogowej.
24 sierpnia 2013 rozpoczął się wcześnie, pobudka 4 rano, prysznic, zapakowane kanapki i herbata w termos. Dreszcz emocji, jak zawsze przed podróżą. Słońce wschodząc, raziło prosto w oczy. Jedziemy.
Kierunek Wrocław. W samochodzie folia malarska, pielucha flanelowa, kocyk, kocia smycz w trupie czaszki i ... miska (kompletnie niepotrzebna) Tak przedstawia się logistyczne zaopatrzenie wyprawy po prezent dla czterdziestolatki. Wyprawy po futro :)
Czekałam na to futro od 2 miesięcy. W międzyczasie obczytałam Internet wzdłuż i wszerz. Specyficzny charakter futra i jego rzadkość tylko podkręcały sytuację. Do tego oryginalna hodowla... Im trudniej tym prościej - wyzwanie to absolutnie prosta wskazówka. To jest właśnie to!
Rogata dusza właścicielki domu futer i jej fantazja w nazywaniu futrolandu - nie mogę się mylić.
Zresztą zapraszam do sprawdzenia :)
Futro było płowe i kosmate, miało cztery nogi, czarny pyszczek, długi ogonek oraz absolutnie pozytywne nastawienie do otaczającego go świata. Byłam jeszcze przed czterdziestką kiedy się do niego przymierzyłam, ale wiedziałam od razu, że będzie to najciekawszy prezent w moim dotychczasowym życiu.
pierwszy dzień w nowym domu
Podróż
Tak oto w przededniu moich czterdziestych urodzin zostałam właścicielką futra.
Z metryki wabi się Studybaker z Wiedźmińskiej stajni, w pierwszym domu wołano go Jacky Chan ( z naciskiem na "n" w Chan:)) W nowym domu został Jimmy Jim. Jak Jim Beam, albo Lord Jim. :)




Komentarze
Prześlij komentarz